Piotr Müller: Pieniądze dla Akademii rekompensatą za tarczę

0

Rozmowa z Piotrem Müllerem, posłem ziemi słupskiej i wiceministrem Nauki i Szkolnictwa Wyższego

– Słupszczanin, czy już pochodzący ze Słupska warszawiak? Kim się pan bardziej czuje. Pytam o to, gdyż od czasu studiów funkcjonuje pan w stolicy, a wielu mieszkańcom regionu źle kojarzą się polityczni spadochroniarze.

– Nie dziwię się, że mają złe doświadczenia ze spadochroniarzami, ale ja jestem słupszczaninem i nigdy nie myślałem o sobie inaczej. Fakt, że jedenaście lat temu zaczynałem studia w Warszawie, ale obecnie mieszkam na dwa domy, a w Słupsku mam rodzinę. Można wręcz powiedzieć, że stale kursuję między Słupskiem, a Warszawą. W Słupsku spędziłem większość mojego życia, tu się urodziłem i wychowałem. Myślę, że nawet jak kolejne lata będę mieszkał w stolicy, nigdy nie powiem o sobie warszawiak. Jak się mnie ktoś pyta, skąd jestem, bez wahania odpowiadam, że ze Słupska. Oczywiście to nic złego, że ktoś mieszka w Warszawie, to ważne miasto i bez wątpienia dobrze mieć swoich ludzi w Warszawie. Jestem jednak słupszczaninem.

– Pana trwająca zaledwie nieco ponad trzy miesiące poselska aktywność sprawia wrażenie imponującej. Co rusz przywozi Pan nowe pieniądze dla Akademii Pomorskiej, interweniował Pan w sprawie budowy mączkarni we Włynkowie. Przykłady takie można mnożyć, a do tego pełni Pan jeszcze funkcje wiceministra nauki i szkolnictwa wyższego.

– Praca wiceministra to praca więcej niż jeden etat, więc trudno pogodzić ją z pracą na rzecz regionu. Czasem mam wrażenie, że ciągle jestem w drodze. Są takie tygodnie, że dwa trzy razy jestem zarówno w Słupsku, jak i Warszawie. Jest to jednak konieczne, jeśli chcę być skuteczny w tym, co robię. Jestem jeszcze młody, więc wystarcza mi energii na łączenie obu tych funkcji, z wiekiem może będzie trudniej, ale proszę pamiętać, iż mamy XXI wiek. Wszystkie podległe mi departamenty w ministerstwie przestawiłem na elektroniczny obieg dokumentów. Ze słupskiego biura poselskiego bez problemów przeprowadzam wideokonferencje z dyrektorami departamentów, podpisuję dokumenty, nawet rozporządzenia, czyli akty prawa powszechnie obowiązującego, gdyż współczesna technika daje takie możliwości. To w znacznym stopniu ułatwia pracę w terenie.

– Poseł jest reprezentantem narodu, a nie regionu, jednak mieszkańcy zwykle mają wiele oczekiwań względem własnego posła. Oczekują, by był swoistym ambasadorem regionu w stolicy i załatwiał wiele spraw, których bez takiego wstawiennictwa nie udałoby się załatwić.

– W tej kwestii należy zachować zdrową równowagę. Poseł musi dbać o całe państwo, nie może dochodzić do sytuacji, że będzie podejmował decyzję w interesie regionu, która będzie szkodliwa dla państwa. Na szczęście takich dylematów zazwyczaj nie ma. Dlatego też naturalne jest dla mnie oczekiwanie wyborców, że poseł będzie ambasadorem regionu w Warszawie. Nie jestem naiwny, wiem jak działają inni posłowie zwłaszcza z większych miast. Miasta te mają po kilku parlamentarzystów i oni często tworzą lobby, działające na rzecz swoich regionów. System wyborczy jest tak skonstruowany, że posłowie z większych ośrodków stanowią większość. Dlatego parlamentarzystom z mniejszych miast jest trudniej wyszarpać dla swoich regionów pieniądze, ale muszę przyznać, że też jestem w tym zakresie skuteczny, choćby zdobywając fundusze dla Akademii Pomorskiej. Lada moment będą dla niej kolejne dobre decyzje, dziesięć milionów złotych na budowę auli, liczę też, że do końca kadencji uda załatwić się jeszcze jedną dobrą dla regionu rzecz w ramach rekompensat za tarczę antyrakietową. Pieniądze te trafiłyby do regionu też za pośrednictwem Akademii Pomorskiej. Tam, gdzie mogę, gdzie mam siłę polityczną staram się forsować rzeczy ważne dla naszego regionu. To mój obowiązek.

– Czyli samorządowcy mogą liczyć na Pana wsparcie w kwestii „popchnięcia” w Warszawie ważnych projektów?

– Oczywiście, zresztą często się ze mną kontaktują w takich sprawach m.in. w kwestiach ochrony środowiska, dróg, czasem z prośbą o interwencje, gdyż jakiś urzędnik ministerialny podszedł do problemu zbyt szablonowo zamiast bardziej indywidualnie. Z każdym z wójtów i burmistrzów z powiatu słupskiego mam kontakt. Szczególnie bliskie mojemu sercu są powiaty słupski, lęborski i bytowski, gdyż to moje rodzinne strony. Oczywiście mój okręg wyborczy sięga aż do Gdyni i Chojnic i te tereny także są dla mnie ważne, szczególną uwagę poświęcam jednak tym trzem powiatom.

– Te oczekiwanie na wsparcie ze strony parlamentarzystów szczególnie widoczne są w regionie słupskim, który od czasu utraty statusu województwa, wydaje się regionem zapomnianym przez rządzących. Droga S6 ciągle stoi pod znakiem zapytania, na modernizację zatłoczonej latem trasy Słupsk-Ustka mieszkańcy czekają już od 2016 r. Bez wątpienia region potrzebuje w tych sprawach politycznego wsparcia w stolicy.

Jeśli chodzi o trasę Słupsk-Ustka to wszystko jest na dobrej drodze. Mam informację od ministra infrastruktury, że faza projektowa już została zakończona i wkrótce rozpocznie się faza realizacji. Projekt ten w żadnym wypadku nie jest zagrożony. To samo dotyczy drogi S6. Minister infrastruktury w moim biurze poselskim zapewniał, że droga ta będzie realizowana w formule partnerstwa publiczno-prywatnego. System ten sprawdził się w Hiszpanii, czy we Włoszech, gdzie też nie było wystarczających funduszy, by od razu sfinansować budowę dróg. Polega to na tym, iż budowę prywatna firma realizuję na kredyt udzielony jej przez bank z gwarancjami państwowymi. Następne państwo dajmy na to przez trzydzieści lat płaci jej za wybudowanie i utrzymanie drogi. To jest także korzystne dla tej firmy, gdyż zyska na tym więcej, niż gdyby tylko była wykonawcą rządowej inwestycji. Nie ukrywam, że te moje trzy pierwsze miesiące pracy jako posła koncentrowały się właśnie na kwestiach drogi S6, bo dla naszego regionu ma ona kluczowe znaczenie.
– Rozumiem więc, że będzie Pan trzymał rękę na pulsie w tej kwestii.
– Nie wyobrażam sobie, by w tej kwestii mogło wydarzyć się coś złego. Ważny jest dla nas każdy kilometr tej drogi. Oczywiście, jeśli się okaże, że kilku kilometrów nie uda się zrobić w terminie, to nic złego się nie stanie. Ta droga musi być jednak gotowa, by całe Pomorze Środkowe mogło z niej korzystać. Termin 2023 roku nie wydaje się być zagrożony, oczywiście poszczególne odcinki będą gotowe wcześniej.

– Niezwykle ważną inwestycją centralną, którą rząd Prawa i Sprawiedliwości przygotowuje do realizacji w Ustce jest przebudowa portu. Na ile możemy być pewni, że ta inwestycja powstanie oraz czy tak znacząca rozbudowa portu nie wpłynie na osłabienie walorów turystycznych zachodniej części miasta, czego obawia się część mieszkańców?
Transza 180 milionów złotych na realizację pierwszego etapu inwestycji jest już zapewniona, więc zagrożenia dla tej inwestycji nie ma. Jeśli chodzi o zagrożenie dla rozwoju turystyki, to z informacji, jakie uzyskałem od burmistrza Ustki wynika, że takiego zagrożenia nie ma, więc trudno mi kontestować opinie samorządowców. Oczywiście trzeba dbać na etapie projektowym, żeby inwestycja ta wyglądała dobrze i nie powodowała skutków, o jakich pan mówi. Uważam, że inwestycja ta, jest szansą dla Ustki. Zabiegam już u ministra obrony i ministra infrastruktury, żeby drogi i tory prowadzące do portu miały standard zapewniający odpowiednio wygodny transport, wpływających do portu towarów w głąb kraju. Jestem przekonany, że to inwestycja ważna dla całego regionu. Rozmawiałem chociażby z przedsiębiorcami z branży przetwórstwa rybnego. Część z nich dostawy surowca przyjmuje w Gdyni, skąd tirami transportuje do przetwórni w powiecie słupskim. Wraz z ukończeniem rozbudowy portu droga transportu skróci się o dobre sto kilometrów. To duża oszczędność dla tych firm, i szansa na tworzenie nowych miejsc pracy w tej branży.

– Przyglądając się Pana aktywności w okręgu, widać że stawia Pan na bezpośredni kontakt z mieszkańcami. Widziałem, jak z okazji Dnia Kobiet na ulicach rozdawał Pan kwiaty, ale „Pizza z posłem” to wyjątkowo oryginalna inicjatywa…

– Jeden z kolegów, który studiował w Kanadzie, opowiadał, że był świadkiem jak parlamentarzyści w swoim środowisku lokalnym w takich właśnie warunkach spotykali się z młodzieżą. Tak więc nie ja jestem autorem tego pomysłu, ale uważam, że to dobra forma na odczarowanie polityki. To bardzo ważne, bo postępująca polaryzacja sceny politycznej odstrasza młodych ludzi od angażowania się w politykę. Uważam, iż nie ma nic lepszego, by spotkać się, porozmawiać, przekonać się, że poseł nie gryzie. Oczywiście trzeba zachować balans między dobrym wizerunkiem, a pracą. Staram się godzić te dwie rzeczy. Mam wrażenie, że niektórzy zbyt mocno stawiają na wizerunek, zaniedbując pracę. Z drugiej jednak strony pracując, a nie dbając o wizerunek możemy usłyszeć, że jako posłowie nic nie robimy. Tak więc są to naczynia połączone. Staram się zachować w tej kwestii zdrowy rozsądek.

– Korzystając z okazji, iż jest Pan wiceministrem odpowiedzialnym za reformę szkolnictwa wyższego, nie sposób nie zapytać, o przyszłość Akademii Pomorskiej w nowych regulacjach prawnych. Pojawiają się głosy, że uczelnia zostanie zdegradowana do roli wyższej szkoły zawodowej, podczas gdy niektórym wciąż marzy się uniwersytet.

– Nie widzę zagrożenia, by Akademia Pomorska miała stać się wyższą szkołą zawodową. Swoją drogą nie ma nic złego w funkcjonowaniu wyższych szkół zawodowych. Niektóre z tych szkół są nawet lepsze od uczelni akademickich. Akademia Pomorska ma kilka mocnych naukowo obszarów jak historia, literaturoznawstwo czy związana z biologią ochrona środowiska i tam mamy uprawnienia doktorskie. Reszta kierunków musi starać się o ten status akademicki. Zagrożenia jednak nie ma. Reforma szkolnictwa wyższego stwarza warunki do rozwoju także mniejszych uczelni. Do tej pory o uprawnieniach do nadawania stopnia naukowego doktora, czy doktora habilitowanego i prowadzenia studiów decydowała liczba zatrudnionych doktorów habilitowanych i profesorów, teraz będzie to uzależnione od jakości prowadzonych badań naukowych. To bardzo uczciwe rozwiązanie względem podatników, gdyż wspierać będziemy przede wszystkim te jednostki, które rozwijają się naukowo, a nie te gdzie ktoś, kiedyś uzyskał jakiś stopień naukowy, co zachęcało, by karierę naukową kończyć na habilitacji czy profesurze, a osoby, które otrzymują ten stopień czy tytuł mają jeszcze naprawdę dużo do zrobienia i szkoda, by spoczywały na laurach.
– Wspominał pan ostatnio o koncepcji stworzenia federacji z Akademii Pomorskiej i Politechniki Koszalińskiej, czy Pana zdaniem, to byłaby szansa na szybki rozwój słupskiej uczelni.
– Polska ma bardzo rozdrobniony system nauki, nawet w tak dużych miastach jak Warszawa, Kraków, czy Poznań. To efekt decyzji politycznych podejmowanych jeszcze w PRL. My zachęcamy do konsolidacji przez łączenie, ale ta forma budzi wiele emocji. Natomiast federacja pozwala w obszarze badań skonsolidować potencjał naukowy uczelni przy zachowaniu ich autonomii. To pozwoliłoby tym uczelniom uzyskać status uniwersytetu, co bez wątpienia jest dużą wartością wizerunkową, ale nie tylko. Dzięki takiej współpracy można wypracować pewien model specjalizacji między oboma uczelniami, by oddalone od siebie o zaledwie kilkadziesiąt kilometrów jednostki, nie musiały ze sobą konkurować.

– Myśli Pan, że taki scenariusz jest realny?
– Nie widzę większych problemów. Wymagałoby to skoordynowania polityki kadrowej i to jest pewne wyzwanie, ale to wyzwanie już na kolejną kadencję władz rektorskich, czyli osób wybranych w 2020 r., gdyż stworzenie federacji wymaga długich negocjacji. Ja mogę ze swej strony zapewnić, że gdyby doszło do takiego scalenia, to znajdą się dodatkowe środki dla tych uczelni.
– Przed nami wybory do Parlamentu Europejskiego, startuje pan w nich z czwartej pozycji na liście Prawa i Sprawiedliwości, liczy Pan na mandat, czy to tylko taka okazja do przypomnienia się wyborcom przed nadchodzącymi wyborami do parlamentu krajowego.

– Wiem, że polityka to gra zespołowa i trzeba umieć grać zespołowo, tym bardziej, że to istotne wybory. W województwie pomorskim możemy liczyć maksymalnie na dwa mandaty i to przy dobrych okolicznościach, bo do tej pory mieliśmy jeden mandat. Wiem, że największe szanse mają Anna Fotyga i Jarosław Sellin, aczkolwiek zachęcam do głosowania na siebie, bo to jest kwestia budowania pozycji politycznej. Zaangażowanie w taką kampanię i mój dobry wynik przekłada się na realne możliwości polityczne, na moją lepszą pozycję polityczną w wyborach do Sejmu, a co za tym idzie ściąganie dodatkowych funduszy dla naszego regionu. Dlatego to naturalne, że kandyduję w tych wyborach. Tym bardziej, że posłem jestem dopiero od trzech miesięcy, a taka majowa kampania wyborcza to doskonała okazja do spotkań z mieszkańcami regionu.

– Pytam o to, gdyż niezwykle szybko pnie się Pan po szczeblach kariery. Zaledwie trzy lata temu ukończył Pan studia prawnicze na Uniwersytecie Warszawskim, a już jest Pan posłem, wiceministrem, „Dziennik Gazeta Prawna” uznał Pana w tym roku za jednego z 50 najbardziej wpływowych prawników w Polsce. Kiedy zamierza się Pan zatrzymać, jakie cele Pan przed sobą jeszcze stawia.
To trudne pytanie. Trudno jednoznacznie wskazać na konkretny cel. Dla mnie liczy się skuteczność realizacji działań na rzecz państwa, w tym naszego regionu. Natomiast naturalnie poprzez moją aktywność zwiększałem systematycznie swoje możliwości działania. Na pewno jakąś ambicją polityczną jest bycie ministrem konstytucyjnym i myślę, iż to realna perspektywa w perspektywie kilku lat. Najważniejsze jest jednak skuteczne działanie, a jakie narzędzia da mi los, to się okaże. Można być i wiceministrem i szeregowym posłem i też mieć duże możliwości działania na rzecz własnego regionu. Moją ambicją jest na pewno wzmocnienie naszego regionu oraz skuteczność na poziomie ogólnopolskim, czyli na przykład bycie ministrem. Myślę, że jest to osiągalne.
– Czyli wzmocnienie regionu poprzez pracę w stolicy, a nie tu na miejscu lokalnie…
– Na tę chwilę wygląda, że jest to skuteczniejsze, aczkolwiek nie wykluczam startowania w wyborach na prezydenta Słupska za pięć lat, ale to jeszcze dużo czasu. Pięć lat temu byłem jeszcze na studiach, a Prawo i Sprawiedliwość było w opozycji. Ciężko więc teraz coś planować.
– Dziękuję za rozmowę.